RAJ PRZYWRÓCONY

 

 

 

Głosić chwałę dzieł Twoich o Stwórco stworzenia,

Który Jesteś niezmienny, gdy wszystko się zmienia

Bo pełnia Twoją wieczną stanowi Istotę,

Na zawsze w Tobie teraz i przedtem i potem,

Istoty Twojej chwałę wieścić i dzieł Twoich

Rozum się na to waży, lecz serce się boi.

 

 

Niech pochwalona będzie Twoja Boża chwała,

Co jest podstawą bytu niezmienna i stała

Dla stworzeń wszelkich życia i szczęścia osnową

I wątkiem, który daje kształt ciągle na nowo

Nicią, jaka w tkaninie na krzyż się przeplata.

Udzielając istnienia czynisz tkankę świata,

Od początku ją nosisz w miłości zamyśle

I co miłość poczęła wykonujesz ściśle.

Zgłębiać Twe drogi wielka to stworzeń odwaga.

Serce pragnie gorąco, lecz rozum się wzdraga.

 

 

Słuszniej wybrał od racji serca i rozumu,

Kto wielbi Twoją wielkość jako jeden z tłumu

I do Ciebie się zbliża uznając swą małość.

Do tego Ty się zniżasz z całą Twoją chwałą.

Boże nasz Wszechmogący i w Trójcy Jedyny

Najwyżej wszak osądzasz miłosierne czyny,

Co nas pewnie w najgłębszej pogrąża rozterce

I na samą myśl o tym drży rozum i serce.

 

 

Wszechmoc Twa w tym wyraża się najpełniej Boże,

Że koniecznie trwasz zawsze, że umrzeć nie możesz.

To przykazanie w sobie masz zawsze sam z siebie

Panujący w otchłani, na ziemi i w niebie,

Do którego czas, zmienność nie mają dostępu

Ogarniający wieczność o Panie Zastępów.

 

 

Ty Jeden w Trzech Osobach będąc od początku

Stworzenie sam stworzyłeś bez żadnego wątku,

Chociaż szalała otchłań jak smok wielogłowy

Byś nie rozwinął wątku, nie utkał osnowy.

Ziściłeś duchy czyste i tę prochu masę,

Co rosnącą przestrzenią uskrzydla się z czasem

I z niej to ulepiłeś na koniec człowieka

Koronując Twe dzieło, które wciąż urzeka.

Z nicości je wywiodłeś, lecz jaka odpłata

Mogłaby dług ten spłacić od nieba i świata

I jakiej trzeba ceny by powiedzieć - kwita!

Owej wielkiej otchłani, która wciąż niesyta

Tak długo nie ustąpi aż znowu pochłonie

Wszystko, co z jej wnętrzności wydarły Twe dłonie.

Czyż równanie stworzenia sprawdzi się dopiero,

Kiedy po drugiej stronie pojawi się zero

I śmierć ogarnie wszystko? Zadośćuczyniono!

Przedwieczne odkupienie wydało Twe łono.

 

 

Śmierć nie zwycięży Ciebie, chociaż nawet zrani.

Gdy zechcesz wstąpisz w otchłań i wyjdziesz z otchłani,

Zapragniesz, możesz dotrzeć do strasznych rubieży,

Gdzie całkowita pustka kły mordercze szczerzy

I przepaść z rozpostartą paszczą w nicość wlepia

Swoje nic nie widzące, zaszłe mrokiem ślepia.

Tam gdyby ktoś się nawet wyprawić był gotów

Dowiedziałby się tylko, że nie ma powrotu.

Gdyby tam szukał przygód, nowin był ciekawy

Pewnie by się nauczył cierpieć dla zabawy.

Taka jest bowiem istot stworzonych natura,

Że wieczność to jest dla nich największa tortura.

 

 

Ty nie podlegasz temu prawu Wielki Boże.

Nie śmie Cię tknąć pług czasu, co nam ciała orze

I bez Twej łaski wnet je rozerwie, jeżeli

Nie zechcesz w swej dobroci swych dóbr nam udzielić.

Twoja Miłość wszelako wszystko to przerosła.

Przekroczyła granice cudowna i wzniosła.

Liczne nasze słabości pominęła z góry

I pokonała wszelki porządek natury

Rodząc Twego zbawienia zamysł tajemniczy.

By go zgłębić nasz umysł daremnie się ćwiczy.

 

 

Umiłowałeś bowiem swe przybrane dziecię,

Jakim to, co stworzyłeś jest dla Ciebie przecie

I stworzeniom Twa Miłość świeci na kształt słońca

Ty Panie, gdy miłujesz, miłujesz do końca.

 

 

Bronisz owczarni cały oddany ofierze

Ponieważ jesteś owiec swych Dobrym Pasterzem,

Zaś Dobry Pasterz życie daje za swe owce,

Choćby z łąk urodzajnych zeszły na manowce.

Za swym dziełem upadłym sam poszedłeś Panie.

Na Górze Kalwaryjskiej życie dałeś za nie,

Bo miałeś moc je złożyć i odebrać znowu,

Jak Ci Ojciec rozkazał, Odwiecznemu Słowu.

 

 

Kiedy pycha i wzgarda Twych najwyższych stworzeń

Przeciw Twojej Świętości zwróciła się Boże,

Na Niebie rozpętała się bitwa straszliwa,

Która jedność stworzenia na dwoje rozrywa.

Z jednej strony stanęła dobroć daru Pana,

Z drugiej żądza złej woli butą opętana.

Pierwszą przez wzgląd na siebie zachowałeś Panie,

Druga zanim się cała zapadła w otchłanie

Niegodny bunt podniosła będąc z śmiercią w zmowie

O czym dzieło Miltona każdemu opowie,

Kto zechce czas poświęcić jego sławnym kartom.

Czy dla białego wiersza ponieść trud ten warto

To już inne pytanie. Ja odpowiem śmiele,

Wart tyle, że się kończy rymem w moim dziele.

 

 

Każda rzecz czy osoba stworzona z niczego

Dług zaciąga, którego spłacić nie jest w stanie.

Wierzytelności owej takie prawa strzegą,

Które należy uznać i zgodzić się na nie.

Kto stworzony ten musi porzucić swą butę,

Na co rzadko stworzeniu przychodzi ochota.

Trzeba zaniechać myśli, że się absolutem

Jest, a wraz z życiem rodzi się pycha żywota,

Co każe wnet zapomnieć o swej znikomości.

Wszak to jest przedsięwzięcie ponad naszą miarę

By dalej istnieć z siebie złożywszy ofiarę.

I po cóż Stwórcy Jego brzemienia zazdrościć,

Gdy te dla Bożej mocy stosowne ciężary

Są dla stworzenia cięższe od najcięższej kary.

Tylko Bóg w żywot bogaty obficie

Umie wstąpić w otchłani królestwo ponure

I przeniknąwszy bytu wszelkiego naturę

Złożyć z życia ofiarę i zachować życie.

Sam sobie przed wiekami dał to przykazanie

I w męce je wykonał, bowiem przysiągł na nie.

 

 

Śmierć zmieszała się z życiem u granic chaosu.

Dobro złem zniekształcone upadło z niebiosów

Urągając bezbożnie świętości istnienia.

To, co było ogrodem w pustynię się zmienia,

Gdzie nie znajdziesz ochłody a wśród żaru słońca

Budzi grozę potworów para spiskująca

Przeciw temu, co Boskie stworzyło zrządzenie

Wszystko mogącą dłonią i silnym ramieniem.

 

 

Niosąc w zbyt lichej jaźni nader ciężkie brzemię

Posłaniec buntu przywlókł się kiedyś na Ziemię.

Tu położył zniszczenia i bólu zarzewie

Na  złego i dobrego przyczajony drzewie.

A smak jego owoców poznał znakomicie.

Sam ich kiedyś skosztował, gdy świecił w zenicie

I zaraz upadł stamtąd na kształt błyskawicy

Anioł niegdyś potężny, jasny, pięknolicy.

 

 

Stracony raj, historia ludów się zaczyna

Na Ziemi krwią splamionej przez zbrodnię Kaina,

Którą mnożyli ludzie znieprawieni, dzicy.

Drzewo życia zmieniono w drzewo szubienicy.

Złość, przemoc, okrucieństwo wszędzie się rozpleni

Do gałęzi, konarów od samych korzeni.

Tak krzyż ze znaku Boga poprzez lat tysiące

Stał się znamieniem męki i śmierci hańbiącej

Za sprawą przewrotności i nieczystej siły.

Jak to się dokonało, obraz to zawiły,

Mimo tak wielu kronik skryty do tej pory.

Zapełniają go bestie, smoki i potwory,

Wielmoże i książęta, królowie, cesarze

Czyli wielkie mocarstwa i potęgi wraże.

Choć wszystkie były z góry skazane na zgubę,

Bo na zbyt wątłych nogach niosły cielska grube,

Opite krwią męczeńską, krzywdami obżarte,

Wiodły ludy do klęski w koalicji z czartem.

 

 

By szczególnie obrazić Jedynego Boga,

Wyrosła licznych bogów ilość nader mnoga

W każdym ludzie, plemieniu, państwie i narodzie.

Ma boga siew i wojna, rzemieślnik i złodziej.

Jeden bóg szerzy rozkosz, inny grozę budzi,

Ten upija się winem, tamten niszczy ludzi,

Jakiś znów jako słońce albo księżyc świeci,

Któryś uprawia orgie i pożera dzieci,

Niektóry w prochu pełza, lub w gąszczu się pęta.

Czczono węże, psy, koty i inne zwierzęta.

Aż trudno je wyliczyć, bo było ich tyle

Żeby wspomnieć owady, małpy, krokodyle.

Ale najgorszy potwór cały zakrwawiony

Odbierał cześć od świata pod mieniem mamony.

Ostatecznie w tym głupstwie jedyna rzecz pewna

Budowla i w niej posąg z metalu lub drewna.

Na ten posępny obraz tylko się nakłada

Pojedynczy wyjątek, niewielka gromada

Potomstwa Izraela przez Boga wybrana,

By Go Jednego czciła prawdziwego Pana.

 

 

Chcąc osiągnąć zamętu i oszczerstwa szczyty

Ojciec kłamstwa podszepnął swym wyznawcom mity,

Co jeszcze pogrążyły ludzką myśl upadłą.

Sprawy Boże przekręca jak krzywe zwierciadło.

Tu bóg boga zabija, tam znów bogu z głowy

Rodzi się dziecko wiele mądrzejsze od sowy.

Obraz nieba rysuje całkiem bałamutnie.

Na Olimpie intrygi, podstępy i kłótnie

Zupełnie jak wśród ludzi, których śmierć przemieni

Z krzepkich istot w mgławicę elizejskich cieni.

Swoich obłędnych roszczeń broniąc wciąż zaciekle

Głosił, że jest też bogiem ten, co rządzi w piekle.

To pięknie fantazjował, to łgał pospolicie

Zwolennik zamieszania, mętnej wody czciciel

Zapełniając bredniami prastarą kulturę

Jakże bogatą w swoje uroki ponure.

 

 

Człowieka sprzedawano jak rzecz albo zwierzę.

Obraz Boga niszczono nawet w dobrej wierze,

Tak bardzo pośród ludzi wzrosło zakłamanie.

Ta skaza już na długo u ziemian zostanie

I obciąży sumienia na najdalsze lata.

Nawet, gdy dokonało się zbawienie świata,

Jeszcze godność bliźniego drugi człowiek szarga

Wystawiając na sprzedaż jak towar na targach.

Mocarstwa budowano na morderczej pracy

Niewolników, choć ludzie przecież są jednacy.

Jeden rządzi, uprawia zręczną filozofię,

Drugi pada z wysiłku przy swoim kilofie.

Dla tych, co bunt podnieśli rządy silnej ręki

Wymyśliły szczególnie wyszukane męki,

Pośród których najbardziej ofiarę poniża

Śmierć na krzyżu, więc Boga przybito do krzyża.

 

 

Drogi Boga są inne niż drogi człowieka

Jak i wyniosłość Nieba od Ziemi daleka

I myśli Boże ponad tych stworzeń myślami,

Co je głupstwo wypacza i zła wola plami

Poczynając od złego i dobrego drzewa.

Ludzki czyn to jest raczej nie ziarno lecz plewa,

Którą się precz wyrzuci do ognia i spłonie,

Kiedy już przecwałują czterech jeźdźców konie.

Ale przyszedł Syn Boży zrodzony z niewiasty

Na kamienistą glebę, która daje chwasty,

Gdzie ptaki wydziobują, gdzie ziarno usycha,

Gdy słońce wzejdzie, bowiem ziemia tam jest licha

I żaden cień najmniejszy żaru nie osłania.

Zapragnął z wygnańcami dzielić los wygnania,

Wcale niezasłużonej dodać im pociechy.

Sam niewinny na siebie przyjął wszystkie grzechy,

Ten którego miast ludzi głosić będą głazy

Od początku zabity Baranek bez skazy.

 

 

Kto by pragnął panować, musi zostać sługą,

Iść do szkoły cierpienia i uczyć się długo,

Jak nadstawiać policzek i umywać nogi,

Wypełniać trudne Ojca Wiecznego wymogi.

Ten, co wydał sam siebie na okup za wielu,

Nie poprzestał wyłącznie na tym jednym celu.

Owładnięty miłością, której było mało,

Że wziął i na śmierć oddał swoje ludzkie ciało,

Duchem Ojca i swoim przynaglany stale

Aż na krańce materii poszedł jeszcze dalej.

Ubodzy ludzie będą na zawsze go mieli.

Jak niegdyś w ludzkie ciało teraz w chleb się wcielił.

Nim swą ludzką naturę całą oddał męce,

Najpierw swe Ciało w chlebie zwierzył w nasze ręce,

Abyśmy pielgrzymując stąd z krainy cieni

Do prawdziwego życia doszli pożywieni.

 

 

Niech nowa Ziemia głosi oraz Niebo nowe

Twoją chwałę na wieki o Trójco Jedyna,

Co Wszechmogącym Ojcem jesteś, Wiecznym Słowem

I Duchem pochodzącym od Ojca i Syna.

 

Myśmy Twą posiadłością i Twego pastwiska

Owcami czy to możni czy też ludzie prości.

W Tobie nasza ucieczka i nadzieja wszystka.

Wierzymy, że nie stracisz nas swojej własności.

 

Już teraz uwielbiając dobroć Twą niezmienną

Ponad wszystkie stworzenia chcemy wznieść Twe Imię,

Bowiem z wszelką pewnością czynić tak się godzi.

 

Bezpiecznym portem jesteś naszej wątłej łodzi

Zdanej całkiem na Ciebie, Który i w tym rymie

Zwycięstwo nieustanne święcisz nad gehenną.

                 

TYTUŁOWA