MOJA AKADEMIA

 

 

Farby olejne " przyśniły mi się jeszcze w Przegorzałach", gdy miałem jakieś chyba cztery lata, ale tak naprawdę zaczęło się to w czasie niemieckiej okupacji od ołówka i akwareli .

Zamieszkaliśmy przy ulicy Krakowskiej a ja zapędziłem się w ulice miasta.

 

Ten obrazek o wymiarach pocztówki namalowałem jako trzynastolatek w 1943 r.
Natchnienie czerpałem ze spacerów po Krakowie okupowanym przez Niemców.

 

Z witryn sklepów komisowych czarował mnie Malczewski, Fałat, Wodzinowski,Chełmoński,
nie wiem, w oryginałach czy falsyfikatach. Lecz moim idolem był nieosiągalny Matejko.

 

To nie kopia obrazu Matejki a moje własne wyobrażenie
Gotfryda de Bouillon na murach Jerozolimy.

 

Rywalizować z mistrzem Janem mógł u mnie tylko temat konia i batalistyka w stylu Kossaka.

 

 

Jakaś bliżej nieokreślona szarża kawaleryjska szaleje
na dość jeszcze surowej,tak zwanej suchej akwareli.
Tylko drugi plan potraktowany z nieco większym polotem.

 

 

To wszystko działo się w latach wojny i okupacji czyli do 1945 roku, a może trochę tuż po wojnie.Wtedy to rozstałem się z końmi i batalistyką, jak mi się wydaje za sprawą pasteli i niebieskich, papierowych okładek zeszytów szkolnych moich oraz brata i siostry.

 

Scenka z konnym królem Władysławem Jagiełłą
pastelą na niebieskim papierze to jakby pożegnanie.  

 

Zaczął się dla mnie czas tematyki ludzkiej w pierwszych, pastelowych próbach uprawianej trochę nieporadnie.

 

Te dwa portrety rodzajowe przedstawiające typy postaci,
które można było oglądać w Krakowie w czasie okupacji
wykonałem w 1944 roku jako czternastolarek.

 

 Niedługo potem miałem na swoim koncie trochę bardziej udane próby. Portretowałem siebie i całą rodzinę.

 

Po stronie lewej mój autoportret, a obok portret mojego brata. Zaraz widać kto tu jest większy.
Tu mam tyle lat na ile wyglądam.

 

Portrety siostry aż dwa, żeby uniknąć męskiej dominacji.
To wszystko w latach 46 - 48, w okolicy 17 roku życia,

 

Miałem już za sobą wakacje w Igołomi, serię akwarel i rysunków wykonanych tam w 1946 roku. 

 Były to przeważnie prace z wyobraźni lub z natury.

 

Z lewej strony jednobarwna akwarela na temat
katastrofy w kopalni, z prawej portret Ojca.

 

Wiele uwagi poświęciłem w tamtym czasie studiom szczegółów i fragmentom projektowanych obrazów.

 

Mamy tu i próbki studialne, szczególnie studiowanie ramion i dłoni,
i fragmenty nigdy nie zrealizowanych obrazów.

 

Zaraz na początku nauki w III Gimnazjum i Liceum im.Jana III Sobieskiego jeden z kolegów podsunął mi pomysł osobliwej techniki malarskiej, w której spoiwem jest klej z pszennej mąki czyli klajster. Tym substytutem farb olejnych malowałem jeszcze w czasie studiów.

 

 

Te dwa przykłady pokazują jak wielkie są
możliwości tej dość prymitywnej techniki.
       

 

W gimnazjum miałem ustaloną opinię tego od plastyki. Nauczyciel rysunku znany malarz kolorysta postimpresjonistyczny odnosił się do mnie po imieniu, co było wyjątkiem i powierzał mi korekty prac moich kolegów. Byłem adresatem wszystkich zadań plastycznych, jakie trafiały do naszej klasy.
Gdy w ostatniej klasie gimnazjum nauczyciel języka polskiego wpadł na pomysł, aby wykonać ilustracje do szkolnych lektur rzecz tę oczywiście zlecono mnie. Rysunki te znalazły się na wystawie po tak zwanej małej maturze i była to pierwsza ekspozycja moich dzieł.

 

"Masz tu kaduceusz, rządź" - "Wesele" Wyspiańskiego
i śmierć Janusza Radziwiłła - "Potop" Sienkiewicza.

 

Swoją drogą podziwiam tego mojego nauczyciela rysunku, kolorystę postimpresjonistycznego, że dostrzegał uzdolnienia na podstawie rysunków dalekich od postimpresjonizmu. Przy okazji okazało się, że gdy maluję, lub rysuję na zlecenie, koncentruję się w jakiś szczególny sposób dając w pracy jakby sumę swoich doświadczeń.

 

W następnych latach trochę utknąłem na mieliźnie. Najpierw naszły mnie wątpliwości co do sensu moich realistycznych wysiłków i zacząłem dziwaczyć, potem przejąłem się falsyfikatami van Meegerena. Skutkiem tego w rysunku pozbyłem się rozwichrzonej kreski na rzecz wygładzenia całkowicie o ile to możliwe pozbawionego faktury. Wpadłem w manierę, której wstępem były ilustracje do lektur.

 

 Jakieś nieco żałosne zabawy w kubizm
i pedanteria pod wpływem falsyfikatów.
Ocalały resztki wylizanego realizmu.

 

Po maturze wakacje spędziłem na budowie a przed egzaminem wstępnym na Wydział Architektury zrobiłem coś w rodzaju próby generalnej.

 

Ten socrealistyczny rysunek to ślad pracy na budowie.
Obie rzeźby narysowałem z fotografii.

Okazało się, że brnąc w rysunkową pedanterię bezwiednie wchodziłem w świat rysunku odręcznego na Wydziale Architektury.

 

 

Zdałem egzamin. Zostałem studentem architektury. Chyba z moim rysunkiem dobrze tu trafiłem skoro głowę Mojżesza miałem okazję rysować po raz drugi.

Tak wyglądał rysunek odręczny i historia architektury.
Technika ołówkowa i sucha akwarela to był mój żywioł.

 

Niestety rysunek nie jest w architekturze najważniejszy. Dla mnie natomiast niezbyt ważna okazała się sama architektura.Wróciłem więc na łono mojej dyskretnej, malarskiej akademii. Pomogli mi w tym artyści malarze zatrudnieni na Wydziale Architektury. Mogłem teraz korzystać z uwag profesjonalistów, choć były one w odniesieniu do tworzenia obrazów nieco wyrywkowe. Niemniej dowiedziałem się kilku pożytecznych rzeczy, na przykład o barwach ciepłych i zimnych czy dopełniających. Nawet zastosowałem tę wiedzę od razu w scenie rodzajowej z moimi Rodzicami w małym fragmencie, gdzie na tle zielonkawej tkaniny umieściłem czerwony kłębek włóczki jako kolorystyczny kaprys. W tym przypadku powróciłem do malowania klajstrem i było to pożegnanie z tą techniką. Bo właśnie informacje technologiczne, jakie teraz otrzymałem najbardziej mnie wciągnęły. Zabrałem się do gruntowania starych dykt i tektur, jakie mi się trafiały. Imprimatury, podmalówki, przemalowania, laserunki stały się moją obsesją. Trochę nawet pogubiłem się przez tę technologię, ona była teraz w obrazie najważniejsza kosztem wszystkiego innego. Obraz stawał się poniekąd dziełem przypadku.

 

Pożegnanie z klajstrem w rodzajowej scenie z Rodzicami.
Czerwona plama na zielonym tle to mój popis teorii koloru.
W dwu obrazach po prawej stronie niezbyt udana technologia
rozmyła rysunek form utrudniając ich dopracowanie.

 

Równocześnie powróciłem do akwareli w jej suchej i mokrej odmianie, a nawet korzystałem z niej w stanie bardzo zagęszczonym aż do utraty przejrzystości robiąc z akwareli coś w rodzaju gwaszu. Zaś bakcyl technologii zapędził mnie do technik mieszanych i wreszcie do różnych dziwactw technicznych w rodzaju żelatyny. Niezmordowanie szukałem własnej techniki, która pozwoliłaby mi realizować ekscentryczny pomysł, aby wielowarstwowym układem farby naśladować rzeczywisty stan tego co się maluje, więc na przykład malując ciało ludzkie najpierw malować krew potem skórę a cienie na końcu, w pejzażu najpierw ziemię potem powietrze.

 

Nie dawały mi spokoju karnacja i modelunek,
kolor twarzy i cień na niej. Trudno mnie było zadowolić .
Zawodziły zarówno znane farby jak i wymyślne spoiwa
w rodzaju żelatyny.

 

Muszę się wreszcie przyznać, że ta moja prywatna, amatorska akademia nie miała żadnej metody. Podchwytywałem różne pomysły, były permanentne przerwy i powroty.Tak naprawdę goniąc za różnymi błyskotkami, które dawały mi raczej rozrywkę niż pożytek, zgubiłem umiejętość tworzenia obrazu nawet tę, jaką już kiedyś posiadałem. Na przykład sucha akwarela była mi potrzebna dla realizowania malarskiego dziwadła, reprodukcji moich domniemanych obrazów olejnych w dawnym stylu. Na kartonie niby na stronie albumu z reprodukcjami malowałem moje akwarele zostawiając niezamalowaną, białą ramkę. Scenerie w stylu dawnych mistrzów wtapiałem w żółtą podmalówkę, która niczym werniks w starych pożółkłych obrazach tonowała i harmonizowała wszystkie kolory. Tę albumową, reprodukcyjną manierę zachowałem długo potem, gdy już porzuciłem suchą akwarelę i żółte podmalówki.

 

Wśród moich kolegów na studiach architektonicznych, trwał już w najlepsze wyścig szczurów a ja traciłem czas uprawiając na świstkach papieru taką oto twórczość malarską. Była to w istocie rejestracja nostalgii, pogoń za czymś czego się nigdy nie doścignie.  

Akwarelą usiłowałem namalować marzenie
o starych obrazach olejnych. Może tym sposobem
wrócił do mnie dziecinny sen o olejnych farbach.

 

Ogarnęła mnie albumowo reprodukcyjna maniera. Na kartkach bloku technicznego o wymiarze A4 najpierw wyznaczałem od linijki granice obrazka i jego powierzchnię pokrywałem zwykle czarną, akwarelową imprimaturą. W tym czasie opanowała mnie rezygnacja. Zwątpiłem w to, że uda mi się znaleść technikę doskonale wielowarstwową. Zmuszałem akwarele, aby były wbrew ich naturze farbami kryjącymi. Dokonywałem popisów zręcznościowych, malując na pierwszej warstwie farby wodnej następną bez jej naruszenia.

Na czarnej, pierwszej warstwie kładłem czerwoną plamę
w miejscu twarzy i na niej wykonywałem modelunek formy.
Potem szły następne warstwy, cień, światło wszystko farbą
wodną na farbie wodnej. Czasem załamywałem się i nie
kończyłem. Pozostała na przykład biała maska na twarzy.
Jeśli jest w tym jakaś ekspresja, to czysty przypadek.

 

Powoli bogactwo tematyczne będące niegdyś moim udziałem zniknęło niemal całkiem z mojego malarstwa. Przeniosło się do rysunku, który z czasem stał się rygorystycznie linearny. W obrazach, które poniekąd straciły znamiona obrazów panowała niepodzielnie twarz. Właśnie twarz nie portret, chociaż kontynuowałem pozowanie do lustra.

             

Trochę zapomniałem, jak się maluje obrazy. Cały świat ulotnił się z mojego malarstwa.
Została tylko twarz. Cała tematyka przeniosła się do rysunków konsekwentnie linearnych.
Przypomniał się Godfryd de Bouillon, lecz jaki odmieniony.

 

Zostałem wreszcie magistrem architektury. Otrzymałem dyplom i od razu uciekłem z biura projektów z powrotem na macierzystą uczelnię tym razem jako asystent. Nawet udało mi się mieć udział w projekcie całkiem niezłej architektury, ale gdy tylko nadarzyła się okazja zaszyłem się w mateczniku rysunkowym i malarskim. Tam, gdzie niegdyś jako student rysowałem głowę Mojżesza teraz robiłem następnej generacji studentów korekty takich rysunków. Nie to było jednak najważniejsze. Zacząłem malować syntetycznymi żywicami, polistyrenem, polioctanem winylu i polimetakrylanem metylu. Znalazłem wreszcie swoją doskonale wielowarstwową technikę.

 

      

Nazwałem to malarstwem bez podkładu i bez spoiwa. Znalazły się tu i miniatury malowane
na plastikowych spodeczkach i obrazy cieńkie jak bibułka i całe ściany we wnętrzach.

 

Zaczął się długi okres mojego malarstwa żywicami syntetycznymi z dodatkiem pracy teoretycznej, naukowej. To właśnie tej technice zawdzięczam doktorat, habilitację i profesurę, ale też wszystkie kłopoty w pracy, jakie miałem aż niemal do emerytury. Moja idealna technika malarska stała się moim błogosławieństwem i przekleństwem.

W nowoczesnych materiałach malarskich pozostał duch starych obrazów.
Pierwszy z lewej strony wykonany w polistyrenowym szkle organicznym
jest reminiscencją barokowego obrazu z kościoła Bożego Ciała. Ten
z prawej na temat alchemika Sędziwoja malowany polioctanem winylu
znalazł się w zbiorach zamku w Baranowie Sandomierskim.

 

Cudowna technika nie przywróciła mi umiejętności tworzenia obrazów. Obrazy nie miały wspólnej tonacji, każdy fragment był dla siebie obrazem. Błąkałem się od przypadku do przypadku wśród różnych eksperymentów z malarstwem przestrzennym włącznie.

 

        

Polioctan winylu, a zwłaszcza polistyren pozwalał na realizację szalonych pomysłów.
Zatarła się różnica między obrazem sztalugowym a witrażem.

 

Odzyskałem zapomnianą umiejętność tworzenia w obrazach prawdziwej przestrzeni dzięki kopiom fragmentów obrazu Jana van Eycka i portretom wykonywanym na zlecenie, które malowałem coraz bardziej profesjonalnie. Ustąpiły nocne widma wraz ze swoim niebezpiecznym urokiem. Znów pojawiła się uroda rzeczywistego świata.

 

      

To ta właśnie kopia wykonana dla przyjaciela z Paryża poniekąd na zlecenie i takie portrety
jak ten z prawej strony, też malowane jako fucha przypomniały mi na czym polega obraz.
Dobrze przerobiona lekcja flamandzkiego mistrza sprawiła, że nawet rzeźby mogły być moimi
modelami w sensie przenośnym i dosłownym.

 

Chyba wreszcie stałem się profesjonalistą, bo malowałem teraz w zasadzie, gdy ktoś mi to zlecił. Tyle, że zwykle wykonywałem te zlecenia za darmo. Najwięcej takich dzieł powstało w środowisku kultu św. Jadwigi Królowej. Trochę jakbym stał się Jej malarzem nadwornym.

 

To pierwszy konterfekt św. Jadwigi mojego pędzla
i obok chyba ostatni. Ten pierwszy to prawie miniatura,
zaś ostatni, dość okazały, został wykonany do ołtarza
Sanktuarium Maryjnego w Licheniu.

 

Bezinteresowne malowanie do szuflady ma jednak swoje niepowtarzalne uroki. Mój dyskretny, całkiem prywatny akademizm pozwala mi od czasu do czasu bezpretensjonalnie, zwyczajnie coś sobie pomalować. I myślę, że jestem w tym niezły. Nawet udało mi się zrealizować dawne marzenie, namalowałem głowę konia farbami olejnymi.

 

"Dwunastka u Dominikanów", tempera i "Gniady", olej na płótnie.

 

Autor: Jan Bruzda

 

TYTUŁOWA